– W minionych latach, bez większego wysiłku, znalazłbym co najmniej kilka pretekstów do rozmowy. Nie wykorzystałem żadnego, aż do dziś, co – na szczęście – nie oznacza, że tamte wątki przepadły. Po prostu zebrały się w stosik, do którego w końcu sięgam. I nawet zacznę, jak się należy, czyli od początku. Studia na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej w Katowicach wybrała pani z konkretnym planem na siebie?
– To zdecydowanie był jeszcze etap poszukiwania drogi, ale mogę powiedzieć, że marzyłam o śpiewaniu. O aktorstwie niekoniecznie. I to na tych studiach – między innymi za sprawą znakomitych profesorów: Michalskiego i Głybina – otworzyłam się na tę opcję. Dostrzegłam, że aktorstwo, jako dojście do nowych postaci przez środek mnie samej, daje mi wolność. Rozwijałam się za sprawą kolejnych zadań aktorskich, a odkrycie musicalu pozwalało trwać przy śpiewaniu. Gdy wychodziłam z Akademii, ścieżka była już wytyczona. Do zespołu Teatru Rozrywki dostałam się przy drugim podejściu i zostałam na etacie na 18 lat.
– Ulla w „Producentach” była ważna?
– To mało powiedziane, bo chociaż nie była to moja pierwsza duża rola, to na swój sposób pierwsza, bo zbudowana przeze mnie całkowicie intuicyjnie. Jestem wdzięczna reżyserowi Michałowi Znanieckiemu za szansę, którą wtedy dostałam. Znalazłam wizerunek Ulli na pierwszej próbie czytanej. Jej szwedzki akcent, sposób bycia i charakter ujawniły się już wtedy, a z czasem wszystko tylko się rozbudowywało i podkręcało, przynosząc mi sporo frajdy. „Producenci” zeszli z afisza Teatru Rozrywki już prawie cztery lata temu, a ja czuję, że gdybym znowu wskoczyła w jej kostium, natychmiast byłabym Ullą, sypiącą kwestiami z pamięci bez zająknięcia.
– Dobierzmy resztę do pierwszej trójki pani najważniejszych ról z repertuaru Teatru Rozrywki. Moje dwa strzały to Julia w „Tootsie” i Demeter w „Kotach”. Trafiłem?
– Nie będę kwestionować tego typowania, ale proszę nie wymagać ode mnie układania rankingu. Wszystkie są równoważne, a każda wyraźnie inna. Akceptuję z jednym małym zastrzeżeniem: ważna była dla mnie także Angela w musicalu „Pinokio. Il grande musical”. Zobaczyłam ten spektakl kiedyś we Włoszech i tak mnie ujął, iż od razu pomyślałam, że trzeba go pokazać chorzowskiej publiczności. Udało się w roku 2021, dzięki staraniom dyrektorki „Rozrywki”, Aleksandry Gajewskiej i ówczesnej kierowniczki literackiej, Jolanty Król.
Demeter to wyzwanie na różnych poziomach, począwszy od tego, że nie było mnie w „Kotach” od premiery. Dołączyłam do obsady spektaklu już granego i mistrzowsko wyćwiczonego przez kolegów. Ta sytuacja była dla mnie powodem sporego stresu – nie chciałam niczego zepsuć, zależało mi na tym, by wejść w rolę tak, żeby nie stać się dla zespołu kimś kto przeszkadza. Od początku starałam się być dobrą partnerką – kocicą wśród kotów. Pozostałe wyzwania to mikroakrobacje, których wymaga postać i które dla mnie są w zasadzie akrobacjami w pełnym wymiarze, a także kostium z niesamowitą i pracochłonną charakteryzacją. Przed „Kotami” nie miałam okazji sprawdzić się w tak wymagającym dwuipółgodzinnym spektaklu aktorsko-tanecznym.
A Julia w „Tootsie”? To fantastyczne – kolejne po „Pinokiu” – doświadczenie pracy z Magdaleną Piekorz i też nie „bułka z masłem”, chociażby ze względu na cały wachlarz zróżnicowanych stylistycznie songów, w których trzeba się płynnie odnaleźć.
Tak się składa, że zarówno „Koty” jak i „Tootsie” wracają na chorzowską scenę w marcu, więc korzystając z okazji serdecznie zapraszam do „Rozrywki” wszystkich, którzy czytają tę rozmowę, a jeszcze tych spektakli nie widzieli!
Mówiąc o Teatrze Rozrywki, chciałabym wspomnieć jeszcze „Kurę na plecach” i postać Pani Kobald, moją pierwszą totalnie nie muzyczną rolę teatralną w komediodramacie na kameralnej Małej Scenie.
Proszę też pozwolić mi na przywołanie jeszcze dwóch ważnych dla mnie kreacji spoza Chorzowa. Myślę o Morticii w „Rodzinie Addamsów” na deskach Gliwickiego Teatru Muzycznego i Tanii w musicalu „Mamma Mia!” w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Morticia mogłaby się wydawać postacią kompletnie nieprzystającą do mojego emploi, a jednak się udało. Tania to z kolei spełnienie jednego z moich największych aktorskich marzeń. Nosiłam tę postać w sercu i głowie od dnia, w którym pierwszy raz ją zobaczyłam i usłyszałam. Czułam, że jest „moja” i mogłabym ją zagrać właściwie bez przygotowania. Trochę koloryzuję dla efektu, bo tak się oczywiście nie da, ale nie znajduję innego sposobu na opisanie tego, jak bardzo ta postać wydaje mi się być naturalnym wyborem dla mnie.
Mamy tu więc dwa skrajne przypadki z życia aktorki i nic w tym dziwnego, że właśnie takie pamięta się szczególnie.
– Śledząc pani zawodową aktywność nie mogę nie zapytać o to, czy teatr wciąż pozostaje dla pani najważniejszy… Nie będę tu precyzyjny, ale jako Barbara pojawiła się pani chyba w ponad 50 odcinkach szóstego sezonu serialu „Królowie” w TVP. Przygoda, czy jednak coś więcej?
– Ważne i ciekawe otwarcie na coś nowego, rozbudzające apetyt na jeszcze i sprawiające, że obok teatru w moim artystycznym sercu znalazło się miejsce także na film i serial. Polubiłam moją postać i atmosferę planu. Było ku temu łatwiej za sprawą fantastycznej ekipy, z reżyserem Krzysztofem Łukaszewiczem na czele, a także w związku z charakterem serialu. Za sprawą kostiumów czułam się trochę jak w teatrze, co niewątpliwie ułatwiło mi wejście w rolę.
Mogę powiedzieć, że teatr to w moim przypadku miłość spełniona. Film pojawił się dość późno, za to wszedł jak burza, pozwalając mi odkryć, jak ważny w życiu jest balans. Szukam go teraz między rodzajami aktorstwa.
– Żeby pokazać jak różne mogą być oblicza aktorskiej profesji, ale też to, jak uważnym jestem widzem, przywołam teraz dwa tytuły z pani dorobku i poproszę o pierwsze, spontaniczne skojarzenia, jakie u pani wywołają, poza – jak sądzę oczywistym – zaskoczeniem. Te tytuły to „Brzemię” i „Tajemnice miłości”…
– Konsekwentnie idziemy po skrajnościach! „Brzemię” to poświęcony osobie rotmistrza Pileckiego dokument z kilkoma scenkami fabularyzowanymi, w których miałam ogromny zaszczyt znaleźć się u boku Marka Probosza, znakomitego aktora i znawcy tematu, którego dotykał film. Bardzo sobie cenię tę realizację. A „Tajemnice miłości” to przeciwny biegun – docu soap telewizji TVN, w którym udział może nie przysparza nikomu chluby pod względem dorobku artystycznego, ale na pewno może stanowić cenne doświadczenie w pracy z kamerą i w realiach telewizyjnych. Gdzie miałabym się tego uczyć nie będąc studentką szkoły filmowej? Tylko metodą małych kroczków w praktyce… To była dla mnie taka właśnie lekcja.
– Na koniec zostawiłem temat, który sześć lat temu miał być pretekstem do rozmowy, ale skończył się szybciej, niż zdążyłem zadzwonić. Jak z dystansu patrzy pani na internetowy miniserial „Ukoronowani”?
– Koronawirus wyrzucił nas z teatrów, kin, sklepów wielkopowierzchniowych, miejsc pracy i rozrywki, a nawet wydarzeń towarzyskich i lasów. Pozamykał nas w domach i odizolował. Pomysł na serial zrodził się w mojej głowie jako antidotum na tę koszmarną sytuację i sposób na nadmiar wolnego czasu. Namówiłam Marka Chudzińskiego do współudziału, a że sytuacja była jaka była, nie musiałam się z tym specjalnie trudzić. Do gościnnych występów zaprosiliśmy też kilku przyjaciół. Plan był ambitny, nowe odcinki chcieliśmy wypuszczać w tygodniowych odstępach, ale pandemiczna rzeczywistość w domowych warunkach lekko nas – i moich domowników – przerosła. Ostatecznie powstało pięć krótkich odcinków, wzięliśmy też udział w wyzwaniu #Hot16challenge2, a potem pozwolono nam wrócić do teatru. Jakiś czas temu przypomniałam sobie „Ukoronowanych” i pomyślałam „jak dobrze, że to wszystko już za nami”. Realizacja została znakiem czasu, ale na szczęście kompletnie się zdezaktualizowała. Humor sytuacyjny, oparty na rzeczywistości, w jakiej wówczas żyliśmy, dziś trąci absurdem. I niech tak zostanie.















Leave a Reply